Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z Asymmetry Festival 2012 w Browarze Mieszczańskim.
fot. Kinga Rękawiczna
Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z Asymmetry Festival 2012 w Browarze Mieszczańskim.
fot. Kinga Rękawiczna
W tym roku Asymmetry Festival przeniósł się z klubu Firlej do Browaru Mieszczańskiego. Dzięki temu zyskał trzy sceny, na których równolegle odbywały się wydarzenia. Powstała też scena klubowa – poniżej francuscy DJ-e Nicolas Chevreux i Igorrr drugiego dnia festiwalu i mocne brzmienia z trzeciego, ostatniego dnia muzycznej bomby.
Choć prywatnie nie używają Facebooka, ani nie koncertują zbyt wiele we Wrocławiu, potrafią dotrzeć do szerokiej rzeszy publiczności. Na ich koncerty przychodzą zarówno wytrawni melomani jak i „świeżaki”. O kim mowa? O Lutosławski Quartet.

od lewej: Artur Rozmysłowicz, Marcin Markowicz, Jakub Jakowicz, Maciej Młodawski
fot. Łukasz Rajchert
Czterech absolwentów warszawskiej Akademii Muzycznej, którzy właśnie we Wrocławiu stworzyli swój zespół. W czym tkwi tajemnica sukcesu? Oni mówią, że to higiena pracy i prowadzenie jednocześnie wielu projektów. Ja uważam, że to zgrana paczka czterech niezwykle interesujących osobowości o nowoczesnym podejściu do życia i twórczości.
Podczas koncertów najbardziej cieszy ich obecność młodych osób na widowni, co nie dziwi – muzycy mają w sobie dystans i luz. Na przykład na koncert muzyki argentyńskiej Marcin Markowicz (II skrzypce) założył koszulkę piłkarskiej grupy argentyńskiej, choć jak wszyscy zgodnie podkreślają, w Polsce najbardziej potrzebna byłaby edukacja muzyczna lub powrót do tradycji rodzinnego grania w domu na instrumentach. W naszych domach to była codzienność, mówi Jakub Jakowicz, grający I skrzypce. Póki co prowadzimy lekcje mistrzowskie w Szkole Muzycznej przy ul. Łowieckiej we Wrocławiu. To nasz mały wkład w edukacje, śmieją się muzycy.
Mimo wszystkich zajęć i zagranicznych koncertów znajdują czas na życie prywatne. Jakub Jakowicz biega i czyta książki, jeszcze niedawno brał udział w maratonach. Planuję powrót – zapowiada. Maciej Młodawski (wiolonczela) gra w piłkę. Razem z Kubą jeszcze w liceum graliśmy wspólnie w „składach podwórkowych”, mówi. Jeżeli słuchają muzyki, nie jest to wyłącznie klasyka. Maciek jest ogromnym fanem The Beatles, zna wszystkie ich piosenki, zdradzają koledzy z kwartetu. Wiąże się z tym pewna zabawna historia. Gdy byłem mały, ponoć bardzo lubiłem słuchać Mozarta i Beethovena, opowiada Maciek. Tak bardzo, że na kasecie z „Beatlesami” mojej mamy nagrałem Mozarta. Oczywiście później musiałem to naprawić i odkupiłem płytę The Beatles, przy okazji przesłuchałem i okazało się, że to bardzo fajna muzyka i tak zostało, śmieje się wiolonczelista. Poza tym słucha też rocka progresywnego lat 70-tych, m.in. Pink Floyd. Z kolei Marcin Markowicz to ogromny fan jazzu oraz Radiohead. Generalnie słucham muzyki dużo i niemal wszędzie, mówi. Mam też słabość do przedwojennej muzyki rozrywkowej, zwłaszcza polskiej. Oprócz tego namiętnie podróżuję. Najdalej dotarłem na Syberię, a ulubionym miejscem jest Madagaskar, opowiada. Dużo też czytam, bardzo lubię czeską literaturę, za Hrabala dałbym się niemalże pociąć. Muzycy z kwartetu chętnie odwiedzają też stare kina, gdzie można poczuć i docenić dzieło filmowe – w „popcornach” nie ma prawdziwego przeżywania, mówią.
Poza tym wszyscy są już ojcami i ze śmiechem opowiadają, że opieka nad dziećmi jest formą relaksu i jednocześnie źródłem stresu.
W swojej twórczości łączą muzykę współczesną z klasyką, umożliwiają przeniesienie się w czasie, a tym samym oswajają publiczność z nowymi utworami.
Program czwartkowego koncertu ułożony został według filozofii LQ: nastrojowy, burzliwy Kwartet c-moll op.18 klasyka gatunku LvBeethovena zabrzmi w towarzystwie transowego, uduchowionego “Siedem i pół kwartetu” Aleksandra Lasonia z 2003 roku.
Kinga Rękawiczna
29.03.2012
Czwartek, godz. 19:00
Sala koncertowa Filharmonii
Koncert kameralny
Lutosławski Quartet
Program:
A. Lasoń – V Kwartet smyczkowy „Siedem i pół kwartetu”
L. van Beethoven – Kwartet smyczkowy c-moll op. 18 nr 4
Z jakiegoś powodu Wrocław w branży mody jest postrzegany jako martwy - mówi twórca marki Né Comme Ça, obecnie jedynej, która ma szansę zaistnieć na łódzkim Fashion Week Poland podczas kwietniowej edycji imprezy. Jeśli ubrania Sebastiana Szrajbera się spodobają, zostaną zakwalifikowane do konkursu głównego. O tym, dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki opowiada w rozmowie z Magdaleną Talik.
MT: Pana kolekcja inspirowana postacią Cruelli De Mon być może zostanie pokazana w ramach łódzkiego Polish Fashion Week. Jako jedyny reprezentowałby Pan Wrocław?
Sebastian Szrajber: W konkursie nie ma żadnego innego projektanta, ani marki z naszego miasta. Na pewno będzie to wyjątkowa sytuacja, bo nie występuję w roli klasycznego kreatora mody, który przygotowuje kolekcję i stara się ją lansować w kraju. Po raz pierwszy natomiast marka autorska, łącząca zasady firmy komercyjnej i projektowania indywidualnego, ma faktyczną szansę pokazać się na głównej części Fashion Week.
A skąd nazwa marki – Né Comme Ça?
Delikatnie zainspirowana albumem „Born this way” Lady Gagi, która sugeruje, że sposób, w jaki ktoś się urodził jest wystarczający, by siebie polubić. Spodobało mi się, że ta konstrukcja nazwała dokładnie to, co robiliśmy. Aby nie być posądzonym o plagiat przełożyliśmy tytuł na język francuski, co oznacza „tak urodzony”, albo „urodzony w ten sposób”.
This slideshow requires JavaScript.
Startuje Pan w konkursie głównym Fashion Week Poland, mimo że Pana marka Né Comme Ça jest stosunkowo młoda. Nie myślał Pan raczej o tym, by pokazać się wśród debiutantów?
Obawialiśmy się, że to nas zaszufladkuje do awangardy, bardziej twórców sztuki niż mody. Poza tym wystartowaliśmy z Né Comme Ça z bardzo dużym impetem. Już na samym początku zorganizowaliśmy pokaz autorski i wypuściliśmy pięćdziesięciosylwetkową kolekcję. Staramy się więc spełniać warunki marki mody, a nie początkujących projektantów. Cała grupa pracuje na to od kilku lat, ja sam od dziewięciu. Mam nadzieję, że nasza wrocławska marka wpisze się w ramę programową Fashion Week Poland jako fajny produkt, który może na stałe funkcjonować w kraju.
We Wrocławiu nie mamy zbyt bogatego środowiska związanego z modą, mimo że zaczynało tu kilku cenionych kreatorów, m.in. Gosia Baczyńska. Czy w Warszawie naprawdę łatwiej jest robić karierę?
Z jakiegoś powodu Wrocław, mimo że bardzo rozwinięty kulturowo, w branży mody jest postrzegany jako martwy. Teoretycznie nic się tu nie dzieje, bo wygląda jakby nie było ludzi, organizacji, przedsięwzięć. Problem polega na tym, że Wrocław nie potrafi się zjednoczyć we wszystkich działaniach, są raczej pojedynczy projektanci, którzy nie wpisali się w klimat miasta. Dlaczego niektórzy z nich uciekają do Warszawy? Na przykład Gosia Baczyńska i jej cudowna kolekcja, którą pokazano w Rynku została wtedy dobrze przyjęta. Ale do dobrego funkcjonowania marki potrzebne są inwestycje, obrót gotówką. Zakładam, że gdyby Gosia zwerbowała we Wrocławiu sztab stałych klientów w ilości kilkadziesiąt osób, posypałyby się zamówienia i ilość sprzedaży byłaby zadowalająca, pozostałaby na miejscu.
Prawa rynku są nieubłagane?
Zdecydowanie tak. Né Comme Ça stworzyłem dopiero, kiedy poznałem partnera biznesowego. Stworzyliśmy duet, w którym jedna osoba myśli o inwestycjach, pilnowaniu obrotu pieniądza, a druga może się skupić na opracowywaniu koncepcji i estetyki, organizowaniu pokazu. To pomogło w szybkości, bo jeżeli projektant sam zajmuje się biznesem, zostaje mu niewiele czasu na część artystyczną. Motorem dla powstania naszej firmy był paradoksalnie łódzki Fashion Week Poland. Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy trochę się zawiodłem. Zabrakło mi klasycznej mody pret-a-porter.
Czyli gotowej do noszenia, a nie jedynie do podziwiania.
A projektanci zapominają często o tym, że jedyne prawo bytu mają wtedy, kiedy sprzedają, mimo, że projektowanie jest pewną formą twórczą. To problem polskiego Fashion Week i w ogóle rynku mody przesyconego zbytnim artyzmem. My stawiamy na jakość tkanin, wykończeń, konstrukcję odzieży. To często najbardziej kosztowna część pracy przekraczająca wartość tkaniny. Młodzi kreatorzy wybierają projekty artystyczne, bo trzeba w nie włożyć znacznie mniej pracy, by np. żakiet leżał idealnie.
Promuje się w Polsce często projektantów, których ubrań, poza celebrytami, raczej nikt ani nie kupi, ani nie założy.
To dlatego, że często brakuje komunikacji między marką a klientem. Imponują mi firmy, które potrafią wykazać, dlaczego ich ceny plasują się w konkretnych ramach. U nas każdy model powstaje spod ręki konstruktora, dlatego ciuch faktycznie kosztuje więcej, ale klientkom tłumaczę, że warto zainwestować w lepszą jakość.
Wiele kobiet ubiera się już bardziej świadomie, korzysta z porad w czasopismach, programach o modzie. To rzeczywiście zmieniło spojrzenie na modę?
Nie wszystkie pomysły Trinny i Susannah są trafione, ale one same to bardzo dobre psycholożki i doskonale potrafią przełamać bariery. Dzięki takim programom niektóre Polki stanęły przed lustrem i stwierdziły, że da się coś zmienić, a polscy mężczyźni przestali np. myśleć, że dobry garnitur to kwestia orientacji seksualnej. Polska generalnie wyszła z wrednej szarości, a do łask wróciło nie kopiowanie stylu, a inspirowanie się czymś konkretnym. Kiedy w mediach pojawia się informacja, że modny jest kolor niebieski, nie oznacza to iż wszystkie Panie ubiorą się w niebieski, ale raczej dobiorą sobie takie dodatki.
Pana projekty cechuje wyjątkowa prostota. W Polsce wiele osób lubi się ubrać raczej dekoracyjnie.
Polki rzadko mają potrzebę bycia samą dla siebie, lubią się chować, wolą sukienkę z milionem falbanek i doszytymi koralikami, niż założyć małą czarną, lekko przeczesać włosy i usłyszeć, że całość jest piękna. Duża część ludzi nie identyfikuje się jako całość, a nasze ubranie to kompilacja makijażu, fryzury, samopoczucia, pewności siebie. W Né Comme Ça lansujemy prostotę, budujemy kompletny wizerunek kobiety, próbując wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Uwielbiam ubierać Panie w damskie garnitury, bo wychodzę z założenia, że wyzwolenie kobiety przychodzi nie poprzez pokazywanie biustu, czy podkreślanie ust czerwoną szminką, ale pozostawanie w kontakcie z osobą ubieraną, aby na siłę nie eksponować kogoś, kto będzie się z tym źle czuł.
Nazwa Pana pierwszej kolekcji F-Hooker ma w tytule słowo dziwka. To nie jest trochę obraźliwe?
Literka „F” oznacza fashion i w tym połączeniu Fashion Hooker oznacza kogoś, kto jest z modą związany w abstrakcyjny sposób. Chodziło nie o prostytutkę stricte, ale modową prostytutkę. Chcieliśmy się pobawić znaczeniem, zobaczyć, w jaki sposób zostanie odebrana. Nakręciliśmy też fashion clip- prezentację marki. Kolekcji nie było tam wcale, tylko przedstawiono następującą sytuację. Na bachanalia wchodzi kobieta ubrana w naszą sukienkę i jej doskonałość powoduje, że każdy zatrzymuje się, bierze głęboki wdech i spogląda na nią. Próbowaliśmy przekazać, że wyzwolenie nie następuje poprzez seks, czy goliznę, ale świadomą kreację, dlatego modelka jest w pełni ubrana.
Jaka jest nowa kolekcja którą będzie Pan chciał pokazać na Fashion Week Poland? Cruella De Mon ubiera się raczej krzykliwie, a Pan lansuje prostotę.
I tak będzie, Cruella to postać abstrakcyjna, chodziło o pokazanie konkretnej linii kobiety, nie musi odsłaniać dekoltu i biustu, nie musi kombinować, jak sprawić, by ludzie widzieli w niej postać, którą jest. To kolekcja odzieżowa na cały rok z 34 sylwetkami. Przede wszystkim czarna, bo dla mnie czerń to nie barwa, ale styl bycia. Kolor zawsze bardzo mnie przerażał.
Wrocław Pana inspiruje jako miejsce?
Jest bardzo ważny, nie udało mi się jeszcze stworzyć nic sensownego poza Wrocławiem. Kiedy jadę na różne spotkania, czy imprezy branżowe pasja twórcza się wyłącza, po powrocie wraca.
Wszyscy pamiętamy opowieść o silnym herosie Samsonie oraz o przepięknej Dalili, która poznała jego sekret i w akcie zemsty ścięła mu włosy, odbierając boską moc… Teraz możemy zobaczyć tę historię w operowej odsłonie. Spektakl właśnie powrócił na deski Opery Wrocławskiej i zostaje na stałe w repertuarze. I jest to bardzo dobra wiadomość, gdyż “Samson i Dalila” to jedna ze świetniejszych realizacji, zarówno ze względu na wspaniałe stroje, wartką akcję jak i muzykę – przepiękne miłosne arie Dalili.
Mamy tu wszystko – miłość, nienawiść, walkę i triumf. Zobaczcie, jak o spektaklu i bohaterach opowiadają Zofia Dowjat – asystentka reżysera Michała Znanieckiego oraz odtwórczyni roli Dalili – Irina Zhytynska.
Spektakl zrealizowany został w koprodukcji z dwoma teatrami: Teatro Comunale Di Bologna, Opéra Royal de Wallonie Liége oraz Fondazione Teatro Lirico Giuseppe Verdi di Trieste.
Zapraszam także do przeczytania recenzji na stronie Opery Wrocławskiej.
Kinga Rękawiczna