Dni 12-13 listopada 2011 roku mianuję weekendem pianistów. Podczas festiwalu Jazztopad we wrocławskiej filharmonii wystąpili Fred Hersch i Bobo Stenson. Sprezentowali nam dwa niezwykłe jazzowe koncerty – całkowicie odmienne muzycznie ale obydwa na niesamowitym poziomie artystycznym.

Fred Hersh Trio: John Hebert - kontrabas, Eric McPherson - perkusja, Fred Hersch - fortepian
Moim głównym problemem przy odbiorze sztuki jest wprawienie umysłu w stan otwartej tu i teraz pustki. Pustki umożliwiającej czysty, pozbawiony jakichkolwiek obciążeń intelektualnych czy też emocjonalnych odbiór tego, co artyści chcą przekazać. W muzyce jest to stosunkowo najłatwiej osiągnąć ale… nie lubię łączenia jazzu z muzyką zwaną symfoniczną. To jedno z głównych założeń festiwalu Jazztopad traktowałem od zawsze jako koszt, stosunkowo niewysoki, jaki muszę ponieść za możliwość słuchania czystego jazzu na najwyższym światowym poziomie. Nie inaczej było i w sobotę. Miałem zamiar wysłuchać Freda Herscha grającego solo i w trio, a po przerwie, w części z Orkiestrą Symfoniczną, po prostu opuścić salę. I w zasadzie to zrobiłem. Choć nie dosłownie…
Poczułem, że udało mi się ten stan pustki osiągnąć. Że nic prawie nie wiedząc o występujących jazzmanach całym sobą chłonąłem ich muzykę. Zostałem do końca koncertu i do dziś naprawdę mnie wciągnęło. To mój czwarty Jazztopad i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się abym takimi kombinacjami był usatysfakcjonowany. Czy sprawiła to kompozycja , tak mocno osadzona w tradycji pianistyki, że przez większość czasu miałem wrażenie słuchania klasycznego koncertu fortepianowego, czy też świetna gra kontrabasisty zapewniającego całości jazzową pulsację, a może kapitalnie prowadzona orkiestra nie wprowadzająca tak mnie zawsze irytującego dysonansu między jazzem a klasyką? A może po prostu starzeję się i powoli kruszą się moje uprzedzenia? Prawdę mówiąc to chyba wszystkie te czynniki miały swój wpływ na fakt, że wychodziłem nareszcie usatysfakcjonowany.

Fred Hersch Trio / Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Wrocławskiej
Niedzielny wieczór zapowiadał sie jeszcze trudniej. Bowiem o Bobie Stensonie wiedziałem dużo wiecej niż o Fredzie Herschu. Kwartet Stensona i Garbarka to był kultowy zespół mojej młodości. Ich płyt słucham do dzisiaj z ogromną przyjemnością. Gdy rozeszły się artystyczne drogi moich idoli, z taką samą uwagą śledziłem twórczość i jednego i drugiego. Z tym, że Jana Garbarka na żywo w Polsce usłyszałem o wiele wcześniej i to już kilkakrotnie. Natomiast ze Stensonem to było moje pierwsze spotkanie. Jakże trudno było mi uniknąć skojarzeń, tym bardziej, że jestem również miłośnikiem skandynawskiej literatury i filmu. I nie uniknąłem. Chociaż jako wzrokowiec i fotograf z zamiłowania, wspomagam słuchanie muzyki patrzeniem na nią, to tym razem musiałem zamknąć oczy. Niezwykle widowiskowa i dowcipna gra perkusisty rozpraszała mnie bowiem i utrudniała odbiór. A gdy zamknąłem oczy to jak w zaczarowanym kinie przesuwały mi sie przed nimi obrazy z filmów Bergmana, zapamiętane sceny z czytanej ostatnio książki Jona Stefanssona pt. “Niebo i piekło”, czy też kilku innych. Z fortepianu płynęły dżwięki jakie chciałbym słyszeć od urodzenia po koniec moich dni…

Jon Fält
Taka muzyka ma niezwykłą moc. Potrafi przekraczać wszelkie granice, docierać tam, gdzie nie docierają żadne słowa, żadne myśli, zabiera do samego sedna. Jak łatwo przy niej oderwać się od realnej rzeczywistości, zapomnieć o codziennych problemach, zagubić się w czasie i przestrzeni. Taka muzyka łączy ludzi, sprawia,ze nie czujemy się samotni.

Bobo Stenson i Jon Fält
Być może brzmi to wszystko pompatycznie. Ale miałem ogromną przyjemność rozmawiać z Bobo Stensonem tej nocy w klubie festiwalowym Puzzle. Mogłem przekazać Mu swoje wrażenia i odczucia. Uzyskałem Jego zrozumienie i akceptację. Chyba nie ma nic cenniejszego na styku twórca i odbiorca .
Lech Basel
FOTOGALERIA Z KONCERTU