Z jakiegoś powodu Wrocław w branży mody jest postrzegany jako martwy - mówi twórca marki Né Comme Ça, obecnie jedynej, która ma szansę zaistnieć na łódzkim Fashion Week Poland podczas kwietniowej edycji imprezy. Jeśli ubrania Sebastiana Szrajbera się spodobają, zostaną zakwalifikowane do konkursu głównego. O tym, dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki opowiada w rozmowie z Magdaleną Talik.
MT: Pana kolekcja inspirowana postacią Cruelli De Mon być może zostanie pokazana w ramach łódzkiego Polish Fashion Week. Jako jedyny reprezentowałby Pan Wrocław?
Sebastian Szrajber: W konkursie nie ma żadnego innego projektanta, ani marki z naszego miasta. Na pewno będzie to wyjątkowa sytuacja, bo nie występuję w roli klasycznego kreatora mody, który przygotowuje kolekcję i stara się ją lansować w kraju. Po raz pierwszy natomiast marka autorska, łącząca zasady firmy komercyjnej i projektowania indywidualnego, ma faktyczną szansę pokazać się na głównej części Fashion Week.
A skąd nazwa marki – Né Comme Ça?
Delikatnie zainspirowana albumem „Born this way” Lady Gagi, która sugeruje, że sposób, w jaki ktoś się urodził jest wystarczający, by siebie polubić. Spodobało mi się, że ta konstrukcja nazwała dokładnie to, co robiliśmy. Aby nie być posądzonym o plagiat przełożyliśmy tytuł na język francuski, co oznacza „tak urodzony”, albo „urodzony w ten sposób”.
This slideshow requires JavaScript.
Startuje Pan w konkursie głównym Fashion Week Poland, mimo że Pana marka Né Comme Ça jest stosunkowo młoda. Nie myślał Pan raczej o tym, by pokazać się wśród debiutantów?
Obawialiśmy się, że to nas zaszufladkuje do awangardy, bardziej twórców sztuki niż mody. Poza tym wystartowaliśmy z Né Comme Ça z bardzo dużym impetem. Już na samym początku zorganizowaliśmy pokaz autorski i wypuściliśmy pięćdziesięciosylwetkową kolekcję. Staramy się więc spełniać warunki marki mody, a nie początkujących projektantów. Cała grupa pracuje na to od kilku lat, ja sam od dziewięciu. Mam nadzieję, że nasza wrocławska marka wpisze się w ramę programową Fashion Week Poland jako fajny produkt, który może na stałe funkcjonować w kraju.
We Wrocławiu nie mamy zbyt bogatego środowiska związanego z modą, mimo że zaczynało tu kilku cenionych kreatorów, m.in. Gosia Baczyńska. Czy w Warszawie naprawdę łatwiej jest robić karierę?
Z jakiegoś powodu Wrocław, mimo że bardzo rozwinięty kulturowo, w branży mody jest postrzegany jako martwy. Teoretycznie nic się tu nie dzieje, bo wygląda jakby nie było ludzi, organizacji, przedsięwzięć. Problem polega na tym, że Wrocław nie potrafi się zjednoczyć we wszystkich działaniach, są raczej pojedynczy projektanci, którzy nie wpisali się w klimat miasta. Dlaczego niektórzy z nich uciekają do Warszawy? Na przykład Gosia Baczyńska i jej cudowna kolekcja, którą pokazano w Rynku została wtedy dobrze przyjęta. Ale do dobrego funkcjonowania marki potrzebne są inwestycje, obrót gotówką. Zakładam, że gdyby Gosia zwerbowała we Wrocławiu sztab stałych klientów w ilości kilkadziesiąt osób, posypałyby się zamówienia i ilość sprzedaży byłaby zadowalająca, pozostałaby na miejscu.
Prawa rynku są nieubłagane?
Zdecydowanie tak. Né Comme Ça stworzyłem dopiero, kiedy poznałem partnera biznesowego. Stworzyliśmy duet, w którym jedna osoba myśli o inwestycjach, pilnowaniu obrotu pieniądza, a druga może się skupić na opracowywaniu koncepcji i estetyki, organizowaniu pokazu. To pomogło w szybkości, bo jeżeli projektant sam zajmuje się biznesem, zostaje mu niewiele czasu na część artystyczną. Motorem dla powstania naszej firmy był paradoksalnie łódzki Fashion Week Poland. Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy trochę się zawiodłem. Zabrakło mi klasycznej mody pret-a-porter.
Czyli gotowej do noszenia, a nie jedynie do podziwiania.
A projektanci zapominają często o tym, że jedyne prawo bytu mają wtedy, kiedy sprzedają, mimo, że projektowanie jest pewną formą twórczą. To problem polskiego Fashion Week i w ogóle rynku mody przesyconego zbytnim artyzmem. My stawiamy na jakość tkanin, wykończeń, konstrukcję odzieży. To często najbardziej kosztowna część pracy przekraczająca wartość tkaniny. Młodzi kreatorzy wybierają projekty artystyczne, bo trzeba w nie włożyć znacznie mniej pracy, by np. żakiet leżał idealnie.
Promuje się w Polsce często projektantów, których ubrań, poza celebrytami, raczej nikt ani nie kupi, ani nie założy.
To dlatego, że często brakuje komunikacji między marką a klientem. Imponują mi firmy, które potrafią wykazać, dlaczego ich ceny plasują się w konkretnych ramach. U nas każdy model powstaje spod ręki konstruktora, dlatego ciuch faktycznie kosztuje więcej, ale klientkom tłumaczę, że warto zainwestować w lepszą jakość.
Wiele kobiet ubiera się już bardziej świadomie, korzysta z porad w czasopismach, programach o modzie. To rzeczywiście zmieniło spojrzenie na modę?
Nie wszystkie pomysły Trinny i Susannah są trafione, ale one same to bardzo dobre psycholożki i doskonale potrafią przełamać bariery. Dzięki takim programom niektóre Polki stanęły przed lustrem i stwierdziły, że da się coś zmienić, a polscy mężczyźni przestali np. myśleć, że dobry garnitur to kwestia orientacji seksualnej. Polska generalnie wyszła z wrednej szarości, a do łask wróciło nie kopiowanie stylu, a inspirowanie się czymś konkretnym. Kiedy w mediach pojawia się informacja, że modny jest kolor niebieski, nie oznacza to iż wszystkie Panie ubiorą się w niebieski, ale raczej dobiorą sobie takie dodatki.
Pana projekty cechuje wyjątkowa prostota. W Polsce wiele osób lubi się ubrać raczej dekoracyjnie.
Polki rzadko mają potrzebę bycia samą dla siebie, lubią się chować, wolą sukienkę z milionem falbanek i doszytymi koralikami, niż założyć małą czarną, lekko przeczesać włosy i usłyszeć, że całość jest piękna. Duża część ludzi nie identyfikuje się jako całość, a nasze ubranie to kompilacja makijażu, fryzury, samopoczucia, pewności siebie. W Né Comme Ça lansujemy prostotę, budujemy kompletny wizerunek kobiety, próbując wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Uwielbiam ubierać Panie w damskie garnitury, bo wychodzę z założenia, że wyzwolenie kobiety przychodzi nie poprzez pokazywanie biustu, czy podkreślanie ust czerwoną szminką, ale pozostawanie w kontakcie z osobą ubieraną, aby na siłę nie eksponować kogoś, kto będzie się z tym źle czuł.
Nazwa Pana pierwszej kolekcji F-Hooker ma w tytule słowo dziwka. To nie jest trochę obraźliwe?
Literka „F” oznacza fashion i w tym połączeniu Fashion Hooker oznacza kogoś, kto jest z modą związany w abstrakcyjny sposób. Chodziło nie o prostytutkę stricte, ale modową prostytutkę. Chcieliśmy się pobawić znaczeniem, zobaczyć, w jaki sposób zostanie odebrana. Nakręciliśmy też fashion clip- prezentację marki. Kolekcji nie było tam wcale, tylko przedstawiono następującą sytuację. Na bachanalia wchodzi kobieta ubrana w naszą sukienkę i jej doskonałość powoduje, że każdy zatrzymuje się, bierze głęboki wdech i spogląda na nią. Próbowaliśmy przekazać, że wyzwolenie nie następuje poprzez seks, czy goliznę, ale świadomą kreację, dlatego modelka jest w pełni ubrana.
Jaka jest nowa kolekcja którą będzie Pan chciał pokazać na Fashion Week Poland? Cruella De Mon ubiera się raczej krzykliwie, a Pan lansuje prostotę.
I tak będzie, Cruella to postać abstrakcyjna, chodziło o pokazanie konkretnej linii kobiety, nie musi odsłaniać dekoltu i biustu, nie musi kombinować, jak sprawić, by ludzie widzieli w niej postać, którą jest. To kolekcja odzieżowa na cały rok z 34 sylwetkami. Przede wszystkim czarna, bo dla mnie czerń to nie barwa, ale styl bycia. Kolor zawsze bardzo mnie przerażał.
Wrocław Pana inspiruje jako miejsce?
Jest bardzo ważny, nie udało mi się jeszcze stworzyć nic sensownego poza Wrocławiem. Kiedy jadę na różne spotkania, czy imprezy branżowe pasja twórcza się wyłącza, po powrocie wraca.