Przewrotny kwartet

Choć prywatnie nie używają Facebooka, ani nie koncertują zbyt wiele we Wrocławiu, potrafią dotrzeć do szerokiej rzeszy publiczności.  Na ich koncerty przychodzą zarówno wytrawni melomani jak i „świeżaki”. O kim mowa? O Lutosławski Quartet.

od lewej: Artur Rozmysłowicz, Marcin Markowicz, Jakub Jakowicz, Maciej Młodawski
fot. Łukasz Rajchert

Czterech absolwentów warszawskiej Akademii Muzycznej, którzy właśnie we Wrocławiu stworzyli swój zespół. W czym tkwi tajemnica sukcesu? Oni mówią, że to higiena pracy i prowadzenie jednocześnie wielu projektów. Ja uważam, że to zgrana paczka czterech niezwykle interesujących osobowości o nowoczesnym podejściu do życia i twórczości.

Podczas koncertów najbardziej cieszy ich obecność młodych osób na widowni, co nie dziwi – muzycy mają w sobie dystans i luz. Na przykład na koncert muzyki argentyńskiej Marcin Markowicz (II skrzypce) założył koszulkę piłkarskiej grupy argentyńskiej, choć jak wszyscy zgodnie podkreślają, w Polsce najbardziej potrzebna byłaby edukacja muzyczna lub powrót do tradycji rodzinnego grania w domu na instrumentach. W naszych domach to była codzienność, mówi Jakub Jakowicz, grający I skrzypce. Póki co prowadzimy lekcje mistrzowskie w Szkole Muzycznej przy ul. Łowieckiej we Wrocławiu. To nasz mały wkład w edukacje, śmieją się muzycy.

fot. Łukasz Rajchert

Mimo wszystkich zajęć i zagranicznych koncertów znajdują czas na życie prywatne. Jakub Jakowicz biega i czyta książki, jeszcze niedawno brał udział w maratonach. Planuję powrót – zapowiada. Maciej Młodawski (wiolonczela) gra w piłkę. Razem z Kubą jeszcze w liceum graliśmy wspólnie w „składach podwórkowych”, mówi. Jeżeli słuchają muzyki, nie jest to wyłącznie klasyka. Maciek jest ogromnym fanem The Beatles, zna wszystkie ich piosenki, zdradzają koledzy z kwartetu. Wiąże się z tym pewna zabawna historia. Gdy byłem mały, ponoć bardzo lubiłem słuchać Mozarta i Beethovena, opowiada Maciek. Tak bardzo, że na kasecie z „Beatlesami” mojej mamy nagrałem Mozarta. Oczywiście później musiałem to naprawić i odkupiłem płytę The Beatles, przy okazji przesłuchałem i okazało się, że to bardzo fajna muzyka i tak zostało, śmieje się wiolonczelista. Poza tym słucha też rocka progresywnego lat 70-tych, m.in. Pink Floyd. Z kolei Marcin Markowicz  to ogromny fan jazzu oraz Radiohead. Generalnie słucham muzyki dużo i niemal wszędzie, mówi. Mam też słabość do przedwojennej muzyki rozrywkowej, zwłaszcza polskiej. Oprócz tego namiętnie podróżuję. Najdalej dotarłem na Syberię, a ulubionym miejscem jest Madagaskar, opowiada. Dużo też czytam, bardzo lubię czeską literaturę, za Hrabala dałbym się niemalże pociąć. Muzycy z kwartetu chętnie odwiedzają też stare kina, gdzie można poczuć i docenić dzieło filmowe – w „popcornach” nie ma prawdziwego przeżywania, mówią.
Poza tym wszyscy są już ojcami i ze śmiechem opowiadają, że opieka nad dziećmi jest formą relaksu i jednocześnie źródłem stresu.

W swojej twórczości łączą muzykę współczesną z klasyką, umożliwiają przeniesienie się w czasie, a tym samym oswajają publiczność z nowymi utworami.

Program czwartkowego koncertu ułożony został według filozofii LQ: nastrojowy, burzliwy Kwartet c-moll op.18 klasyka gatunku LvBeethovena zabrzmi w towarzystwie transowego, uduchowionego “Siedem i pół kwartetu” Aleksandra Lasonia z 2003 roku.

Kinga Rękawiczna

29.03.2012
Czwartek, godz. 19:00
Sala koncertowa Filharmonii
Koncert kameralny
Lutosławski Quartet

Program:
A. Lasoń – V Kwartet smyczkowy „Siedem i pół kwartetu”
L. van Beethoven – Kwartet smyczkowy c-moll op. 18 nr 4

Dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki.

Z jakiegoś powodu Wrocław w branży mody jest postrzegany jako martwy -  mówi twórca marki Né Comme Ça, obecnie jedynej, która ma szansę zaistnieć na łódzkim Fashion Week Poland podczas kwietniowej edycji imprezy. Jeśli ubrania Sebastiana Szrajbera się spodobają, zostaną zakwalifikowane do konkursu głównego. O  tym, dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki opowiada w rozmowie z Magdaleną Talik.

MT: Pana kolekcja inspirowana postacią Cruelli De Mon być może zostanie pokazana w ramach łódzkiego Polish Fashion Week. Jako jedyny reprezentowałby Pan Wrocław?

Sebastian Szrajber: W konkursie nie ma żadnego innego projektanta, ani marki z naszego miasta. Na pewno będzie to wyjątkowa sytuacja, bo nie występuję w roli klasycznego kreatora mody, który przygotowuje kolekcję i stara się ją lansować w kraju. Po raz pierwszy natomiast marka autorska, łącząca zasady firmy komercyjnej i projektowania indywidualnego, ma faktyczną szansę pokazać się na głównej części Fashion Week.

A skąd nazwa marki – Né Comme Ça?

Delikatnie zainspirowana albumem „Born this way” Lady Gagi, która sugeruje, że sposób, w jaki ktoś się urodził jest wystarczający, by siebie polubić. Spodobało mi się, że ta konstrukcja nazwała dokładnie to, co robiliśmy. Aby nie być posądzonym o plagiat przełożyliśmy tytuł na język francuski, co oznacza  „tak urodzony”, albo „urodzony w ten sposób”.

This slideshow requires JavaScript.

Startuje Pan w konkursie głównym Fashion Week Poland, mimo że Pana marka Né Comme Ça jest stosunkowo młoda. Nie myślał Pan raczej o tym, by pokazać się wśród debiutantów?

Obawialiśmy się, że to nas zaszufladkuje do awangardy, bardziej twórców sztuki niż mody. Poza tym wystartowaliśmy z Né Comme Ça  z bardzo dużym impetem. Już na samym początku zorganizowaliśmy pokaz autorski i wypuściliśmy pięćdziesięciosylwetkową kolekcję. Staramy się więc spełniać warunki marki mody, a nie początkujących projektantów. Cała grupa pracuje na to od kilku lat, ja sam od dziewięciu. Mam nadzieję, że nasza wrocławska marka wpisze się w ramę programową Fashion Week Poland jako fajny produkt, który może na stałe funkcjonować w kraju.

We Wrocławiu nie mamy zbyt bogatego środowiska związanego z modą, mimo że zaczynało tu kilku cenionych kreatorów, m.in. Gosia Baczyńska. Czy w Warszawie naprawdę łatwiej jest robić karierę?

Z jakiegoś powodu Wrocław, mimo że bardzo rozwinięty kulturowo, w branży mody jest postrzegany jako martwy. Teoretycznie nic się tu nie dzieje, bo wygląda jakby nie było ludzi, organizacji, przedsięwzięć. Problem polega na tym, że Wrocław nie potrafi się zjednoczyć we wszystkich działaniach, są raczej pojedynczy projektanci, którzy nie wpisali się w klimat miasta. Dlaczego niektórzy z nich uciekają do Warszawy? Na przykład Gosia Baczyńska i jej cudowna kolekcja, którą pokazano w Rynku została wtedy dobrze przyjęta. Ale do dobrego funkcjonowania marki potrzebne są inwestycje, obrót gotówką. Zakładam, że gdyby Gosia zwerbowała we Wrocławiu sztab stałych klientów w ilości kilkadziesiąt osób, posypałyby się zamówienia i ilość sprzedaży byłaby zadowalająca, pozostałaby na miejscu.

Prawa rynku są nieubłagane?

Zdecydowanie tak. Né Comme Ça stworzyłem dopiero, kiedy poznałem partnera biznesowego. Stworzyliśmy duet, w którym jedna osoba myśli o inwestycjach, pilnowaniu obrotu pieniądza, a druga może się skupić na opracowywaniu koncepcji i estetyki, organizowaniu pokazu. To pomogło w szybkości, bo jeżeli projektant sam zajmuje się biznesem, zostaje mu niewiele czasu na część artystyczną. Motorem dla powstania naszej firmy był paradoksalnie łódzki Fashion Week Poland. Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy trochę się zawiodłem. Zabrakło mi klasycznej mody pret-a-porter.

Czyli gotowej do noszenia, a nie jedynie do podziwiania.

A projektanci zapominają często o tym, że jedyne prawo bytu mają wtedy, kiedy sprzedają, mimo, że projektowanie jest pewną formą twórczą. To problem polskiego Fashion Week i w ogóle rynku mody przesyconego zbytnim artyzmem. My stawiamy na jakość tkanin, wykończeń, konstrukcję odzieży. To często najbardziej kosztowna część pracy przekraczająca wartość tkaniny. Młodzi kreatorzy wybierają projekty artystyczne, bo trzeba w nie włożyć znacznie mniej pracy, by np. żakiet leżał idealnie.

Promuje się w Polsce często projektantów, których ubrań, poza celebrytami, raczej nikt ani nie kupi, ani nie założy.

To dlatego, że często brakuje komunikacji między marką a klientem. Imponują mi firmy, które potrafią wykazać, dlaczego ich ceny plasują się w konkretnych ramach. U nas każdy model powstaje spod ręki konstruktora, dlatego ciuch faktycznie kosztuje więcej, ale klientkom tłumaczę, że warto zainwestować w lepszą jakość.

Wiele kobiet ubiera się już bardziej świadomie, korzysta z porad w czasopismach, programach o modzie. To rzeczywiście zmieniło spojrzenie na modę?

Nie wszystkie pomysły Trinny i Susannah są trafione, ale one same to bardzo dobre psycholożki i doskonale potrafią przełamać bariery. Dzięki takim programom niektóre Polki stanęły przed lustrem i stwierdziły, że da się coś zmienić, a polscy mężczyźni przestali np. myśleć, że dobry garnitur to kwestia orientacji seksualnej. Polska generalnie wyszła z wrednej szarości, a do łask wróciło nie kopiowanie stylu, a inspirowanie się czymś konkretnym. Kiedy w mediach pojawia się informacja, że modny jest kolor niebieski, nie oznacza to iż wszystkie Panie ubiorą się w niebieski, ale raczej dobiorą sobie takie dodatki.

Pana projekty cechuje wyjątkowa prostota. W Polsce wiele osób lubi się ubrać raczej dekoracyjnie.

Polki rzadko mają potrzebę bycia samą dla siebie, lubią się chować, wolą sukienkę z milionem falbanek i doszytymi koralikami, niż założyć małą czarną, lekko przeczesać włosy i usłyszeć, że całość jest piękna. Duża część ludzi nie identyfikuje się jako całość, a nasze ubranie to kompilacja makijażu, fryzury, samopoczucia, pewności siebie. W Né Comme Ça  lansujemy prostotę, budujemy kompletny wizerunek kobiety, próbując wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Uwielbiam ubierać Panie w damskie garnitury, bo wychodzę z założenia, że wyzwolenie kobiety przychodzi nie poprzez pokazywanie biustu, czy podkreślanie ust czerwoną szminką, ale pozostawanie w kontakcie z osobą ubieraną, aby na siłę nie eksponować kogoś, kto będzie się z tym źle czuł.

Nazwa Pana pierwszej kolekcji F-Hooker ma w tytule słowo dziwka. To nie jest trochę obraźliwe?

Literka „F” oznacza fashion i w tym połączeniu Fashion Hooker oznacza kogoś, kto jest z modą związany w abstrakcyjny sposób. Chodziło nie o prostytutkę stricte, ale modową prostytutkę. Chcieliśmy się pobawić znaczeniem, zobaczyć, w jaki sposób zostanie odebrana. Nakręciliśmy też fashion clip- prezentację marki. Kolekcji nie było tam wcale, tylko przedstawiono następującą sytuację. Na bachanalia wchodzi kobieta ubrana w naszą sukienkę i jej doskonałość powoduje, że każdy zatrzymuje się, bierze głęboki wdech i spogląda na nią. Próbowaliśmy przekazać, że wyzwolenie nie następuje poprzez seks, czy goliznę, ale świadomą kreację, dlatego modelka jest w pełni ubrana.

Jaka jest nowa kolekcja którą będzie Pan chciał pokazać na Fashion Week Poland? Cruella De Mon ubiera się raczej krzykliwie, a Pan lansuje prostotę.

I tak będzie, Cruella to postać abstrakcyjna, chodziło o pokazanie konkretnej linii kobiety, nie musi odsłaniać dekoltu i biustu, nie musi kombinować, jak sprawić, by ludzie widzieli w niej postać, którą jest. To kolekcja odzieżowa na cały rok z 34 sylwetkami. Przede wszystkim czarna, bo dla mnie czerń to nie barwa, ale styl bycia. Kolor zawsze bardzo mnie przerażał.

Wrocław Pana inspiruje jako miejsce?

Jest bardzo ważny, nie udało mi się jeszcze stworzyć nic sensownego poza Wrocławiem. Kiedy jadę na różne spotkania, czy imprezy branżowe pasja twórcza się wyłącza, po powrocie wraca.

Samson i Dalila – o heroicznej miłości w operze

Wszyscy pamiętamy opowieść o silnym herosie Samsonie oraz o przepięknej Dalili, która poznała jego sekret i w akcie zemsty ścięła mu włosy, odbierając boską moc… Teraz  możemy zobaczyć tę historię  w operowej odsłonie. Spektakl właśnie powrócił na deski Opery Wrocławskiej i zostaje na stałe w repertuarze. I jest to bardzo dobra wiadomość, gdyż “Samson i Dalila” to jedna ze świetniejszych realizacji, zarówno ze względu na wspaniałe stroje, wartką akcję jak i muzykę – przepiękne miłosne arie Dalili.

Mamy tu wszystko – miłość, nienawiść, walkę i triumf. Zobaczcie, jak o spektaklu i bohaterach opowiadają  Zofia Dowjat – asystentka reżysera Michała Znanieckiego oraz odtwórczyni roli Dalili – Irina Zhytynska.

Spektakl zrealizowany został w koprodukcji z dwoma teatrami:  Teatro Comunale Di Bologna, Opéra Royal de Wallonie Liége oraz Fondazione Teatro Lirico Giuseppe Verdi di Trieste.

Zapraszam także do przeczytania recenzji na stronie Opery Wrocławskiej.

Kinga Rękawiczna

Dekada z ambientami

Czy wyobrażacie sobie taką sytuację: spoglądacie na półkę (względnie foldery na dysku ;) ) i zastanawiacie się, którego ze swoich ulubionych wykonawców chcielibyście usłyszeć we Wrocławiu..?  I wiecie, że realnym jest spowodowanie, by tutaj zagrał?

To jest możliwe. Taki właśnie komfort mają Maciej Frett i Arkadiusz Bagiński – organizatorzy Wrocław Industrial Festival. Właśnie mija dziesięć lat od pierwszej edycji. W tym czasie WIF zyskał międzynarodową sławę i stał się listopadowym świętem elektronicznej awangardy. Bez wielkiej promocji, bo wieści o festiwalu roznoszą się „pocztą pantoflową”. Krążą opinie, że  to jeden z najciekawszych czy najlepszych festiwali, w Polsce wszyscy zainteresowani o nim wiedzą. Plakaty rozwieszane we Wrocławiu są raczej formą informacji dla mieszkańców.

Fani industrialu ściągają tutaj z najodleglejszych zakątków świata. Przeważnie są to Czesi, Francuzi,  Austriacy, Niemcy, Holendrzy, Białorusini, Rosjanie – wyliczają Frett i Bagiński. – Mieliśmy też gości z Serbii, Rumunii i Obwodu Kaliningradzkiego, pojawiły się nawet grupy z Meksyku i Izraela  czy Japonii.

Najwyraźniej samoistnie działa tutaj hasło: „Wrocław the meeting place”.

.

10 lat minęło

Na początku funkcjonowania Wrocławskiego Festiwalu Industrialnego występowało 8-10 zespołów, przyjeżdżało ok. 200 osób, większość z Wrocławia, promocja była jedynie lokalna, a festiwal nie zarabiał na siebie, w najlepszym przypadku koszty się zwracały – opowiada Arkadiusz Bagiński. – Teraz proporcje się odwróciły. Wrocławianie są małym procentem uczestników, a przyjeżdżają ludzie z całej Polski i Europy. – Dla nich ten festiwal jest świętem na które zjeżdżają się wszyscy dawni znajomi z różnych stron kraju.

Myśleliśmy kiedyś o przeniesieniu festiwalu na lato, tak samo jak z zmianie miejsca koncertów, lecz wszyscy nam to odradzali, tłumaczy Frett. - Termin listopadowy jest  klimatyczny i pasuje atmosferą. Są liście, jesień, szybko zapada zmrok, a ta dziwna i mroczna muzyka dobrze się komponuje z taką aurą. Dodatkowo modlitewna sala gotycka w której odbywają się koncerty, doskonale odpowiada estetyce muzyki i może pomieścić do 450 osób.

Po pierwszej edycji w 2001 roku festiwal został zawieszony na rok, choć wtedy nie przypuszczaliśmy, że będzie to cykliczna impreza, mówi Maciej Frett.  Arkadiusz Bagiński dodaje: startowaliśmy od funkcjonowanie galerii industrialnej, która niestety prędko zakończyła działalność. Dzieła industrialno-awangardowe nie cieszyły się powodzeniem, choć teraz osiągają zawrotne ceny. Teraz także myślimy o jakimś stałym miejscu w którym będzie znajdowało się biuro festiwalowe z kawiarenką czy galerią, albo miejscem, gdzie będą odbywały się mniejsze koncerty, opowiadają organizatorzy.

Jubileuszowe podsumowanie

Pierwsze przemyślenia po festiwalu zawsze są dobre, choć jesteśmy bardzo zmęczeni – odpowiadają zgodnie organizatorzy. Najważniejsze, że nasza całoroczna, intensywna praca przyniosła efekty, a i zespoły wyjeżdżają zadowolone. W ciągu następnych dwóch tygodni musimy mieć dokładną wizję następnego festiwalu, trzeba określić budżet i pisać aplikacje o fundusze. To najgorszy okres, dla ludzi festiwal już się skończył, dla nas potrwa jeszcze do końca roku. Zaczynamy się już kontaktować z zespołami, które zagrają w przyszłym roku – mówi Maciek Frett i pokazuje dwie strony zapisanego notatnika z pomysłami na kapele, które chce zaprosić na XI edycję WIF.  To on zajmuje się wyborem tzw. line-upu. Jako lider postindustrialno-ambientowej formacji Job Karma siedzi mocno w temacie, jest fanem gatunku. Jego zespół jeździ po świecie i koncertuje, nawiązując kontakty, które później procentują podczas organizacji festiwalu. Frett pytany, czym się kieruje przy ustalaniu festiwalowych wykonawców, odpowiada ze śmiechem, że przegląda półkę z płytami i zastanawia się, kto jeszcze nie występował we Wrocławiu i kogo chciałby usłyszeć. Tak naprawdę podczas trwania festiwalu organizatorzy nie mają czasu na posłuchanie nawet jednego pełnego występu.

Zawsze zależy nam, aby na WIF przyjeżdżały zespoły unikalne, które nie  grają dużo, najlepiej takie, które nie  grały jeszcze w tej części Europy, mówi. – Albo takie, które w ogóle nie  grają, śmieją się obaj panowie. Udało się na przykład ściągnąć Clock DVA, legendarny zespół, który w 1995 roku zakończył wszelką aktywność. Korespondowałem przez 3 lata z Adim Newtonem i wreszcie w tym roku reaktywował zespół i wystąpił jako THE ANTI GROUP w BWA oraz jako Clock DVA w Sali Gotyckiej, opowiada z zadowoleniem Maciek Frett. – To było elektryzujące wydarzenie dla fanów z całej Europy. Tak samo jak występ Psychic TV czy Merzbow.

Arkadiusz Bagiński wylicza: dwa lata temu udało nam się ściągnąć Soisonga, współtwórcę legendarnej formacji COIL, który zagrał we Wrocławiu jeden ze swoich ostatnich koncertów przed śmiercią.  A Frett dodaje: od 2005 roku grają u nas ikony stylu, angielskie kapele z lat 80-tych, które aktywowały się specjalnie na festiwal, jak Konstruktivist czy Cindytalk. Dobry odbiór ze strony publiczności sprawił, że teraz ponownie koncertują.

Mamy też projekty specjalne, np. utwory na temat Wrocławia.  W tym roku kultowy utwór „Wroclaw in the rain” został zagrany przez angielskiego Sieben w nowej wersji z elektroniczną aranżacją wrocławskiego zespołu Job Karma.

Na wiosnę pojawi się płyta studyjna z tej współpracy. Projekt7JK zatytułowany będzie „The united sounds of Wroclaw and Sheffield”. To znaczący tytuł, ponieważ Sheffield jest kluczowym miastem dla kultury industrialu w Anglii, a Wrocław jest najbardziej kojarzonym z industrialem miastem w Europie Wschodniej – tłumaczy Maciek Frett.

Ciekawostką jest, że mimo niższego wynagrodzenia, jakie otrzymują zespoły za swój występ, nasza część Europy staje się modna. Węgry, Czechy, Polska, Rumunia – to miejsca, gdzie kapele chcą koncertować.  Oprócz tego zespoły, które przyjeżdżają na WIF to przyjacielscy i niezwykle mili ludzie, opowiadają organizatorzy. – Nie spotkaliśmy się jeszcze z żadnym narzekaniem czy przysłowiowym „gwiazdorzeniem” ze strony muzyków. Jedynym problemem okazywało się zazwyczaj to, że w Polsce 11 listopada wszystko – sklepy, restauracje – były zamknięte.

Naprzeciw stereotypom

Gości festiwalu od razu można rozpoznać. To często osoby oryginalnie wystylizowane, ubrane na czarno, z tatuażami lub piercingiem. I wbrew potocznej, często krzywdzącej opinii to osoby kulturalne, wykształcone i przede wszystkim… spokojne. Dlatego WIF łamie stereotypy. Jest platformą wymiany kulturalnej. Znajdują się tutaj stanowiska wydawnicze z książkami i płytami. Co najważniejsze – w ciągu dziesięciu lat trwania festiwalu nie wydarzył się żaden incydent. 

Organizatorzy opowiadają, że publiczność festiwalowa jest ze sobą zaprzyjaźniona. Kontakty przenoszą się do Internetu, gdzie trwa wymiana myśli i trendów. Podczas ostatniej edycji WIFu powstało forum internetowe, na którym grupa sama zorganizowała się na spotkanie i obiad w Dworze Polskim. Oprócz tego wrocławscy fani pokazywali zagranicznym ciekawe miejsca i oprowadzali po mieście. To nie było przez nas inicjowane – mówi Arkadiusz Bagiński. A Maciek Frett dodaje, że to właśnie jest undergroundowa i familijna otoczka festiwalu, tak bardzo ceniona przez fanów. – Dlatego nie chcielibyśmy stać się imprezą masową, choć cały czas rozważamy, czy otworzyć się na szerszą publiczność.

Jako największą wartość swojej dziesięcioletniej działalności przy festiwalu wymieniają więc satysfakcję z poznawania nowych ludzi, możliwość promowania Wrocławia za granicą oraz zadowolenie gości i fanów. Jubileusz planują uczcić imprezą z tortem… ale dopiero jak odpoczną ;)

Kolejne wydarzenia dla fanów industrialu

Gdyby komuś mało było  ambientalnych i elektroncznych dźwięków, nie będzie musiał czekać pełnych dwunastu miesięcy do kolejnego Wrocław Industrial Festival. Już na wiosnę odbędzie się nowa odsłona Rytuału, multimedialnego projektu, co roku w innej tematyce. Najbliższy utrzymany będzie w klimacie medycznym, obszarze eksperymentów oraz handlu narządami. Ta impreza jest darmowa.

Arkadiusz Bagiński zapowiada, że z okazji Rytuału będzie  wyświetlany 20-minutowy film 3D w estetyce elektroniki. Zostały już wykonane zdjęcia w  technologii motion capture, a  Job Karma i Sieben, czyli Matt Howden, nagrają muzykę  (możemy się spodziewać m.in. tych samych utworów, które zostały zaprezentowane na otwarciu X. WIFu).

Następnym wydarzeniem, o którym warto pamiętać, będzie Energia dźwięku, która odbędzie się prawdopodobnie w maju. Oprócz tego wiosną możemy się  spodziewać premiery wspomnianej wyżej płyty 7JK.

Z organizatorami Wrocław Industrial Festiwal Maciejem Frettem i Arkadiuszem Bagińskim rozmawiała Kinga Rękawiczna.

Kobieta ze spray’em? Jak najbardziej!

Urodziła się w Libii. We Wrocławiu studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Na pytanie: Dlaczego tworzy akurat murale?, odpowiada, że to po prostu wciąga!

Jak właściwie nazywasz to, co robisz? Graffiti? Street art? Murale? Czym się różnią?

Sarah Bougsiaa: Graffiti to część kultury Hip-Hopowej, która powstała w latach 60′/70′ w Nowym Jorku. Na początku były to tylko tagi, później przekształciły się w większe litery, hasła, z czasem doszły postacie. Graffiti było także formą walki z problemami dotykającymi ówczesne społeczeństwo. Dzisiaj jest inaczej – dla nas to czysta przyjemność. Street art natomiast jest szerszym terminem, ponieważ łączy w sobie i graffiti, i wlepki, i plakaty, i szablony – to sztuka w otwartej przestrzeni. Mural to po prostu malunek na murze lub ścianie.

Od dawna malujesz?

Pierwszą pracę na ścianie zrobiłam w 2007 roku.

Zawsze chciałaś tworzyć murale, czy zaczęło się od kredek i bloku rysunkowego?

Rysuję i maluję odkąd pamiętam, jestem również studentką Akademii Sztuk Pięknych. Sztuka uliczna pociągała mnie zawsze, ale dopiero niedawno odważyłam się jej spróbować.

Spróbowałaś i…?

Szczerze, to mnie po prostu wciągnęło! Sprayem maluje się o wiele szybciej, niż pędzlem czy innym narzędziem, bardziej pokrywa ścianę i kreska przy kresce wygląda czysto.

Co przedstawiają Twoje dzieła? To w większości tagi? Obrazy?

Tagi są to małe proste napisy, jeśli chodzi o murale, to jestem wierna początkom graffiti i robię litery, które zazwyczaj przedstawiają mój pseudonim.

Dopiero, gdy łapiesz za spray wpadasz na pomysł co namalujesz?

Najczęściej najpierw rysuję na kartce i wybieram kolorki, dopiero potem przenoszę to na ścianę, ale różnie to bywa, czasem też trzeba trochę poimprowizować.

Masz jakieś ulubione miejsca, w których tworzysz?

Zostaję przy ścianach. Nie maluję np. na pociągach. Tak, jak mówiłam, w latach 60′/70′ malowali w każdym miejscu, żeby się pokazać i zyskać szacunek. Dzisiaj żyjemy w innych czasach, nie trzeba nic nikomu udowadniać malując gdzie popadnie.

Angażujesz się w większe projekty, czy wolisz malować sama?

Sama jeszcze nie malowałam, zawsze maluję ze znajomymi. A jeśli chodzi o jakieś większe przedsięwzięcia, to malowałam na tak zwanych Graffiti Jam’ach.

To coś w stylu konkursu, czy po prostu większe malowanie?

Większe malowanie. Ale oczywiście są też akcje typu bitwa na tagi, czyli kto zrobi ładniejszy, kształtniejszy napis.

Chciałabyś zarabiać na życie robiąc graffiti, czy tylko „podziemie” ma swój urok?

Oczywiście, chciałabym brać udział w czymś takim, mógłby to być finansowy zastrzyk, ale niekoniecznie chciałabym żyć tylko z tego.

Patrząc na Twoje grafy, widać w nich kobiecą rękę. Istnieje coś takiego jak żeńskie graffiti? Koledzy „po fachu” są mu przychylni?

Graffiti jest jedno, artysta jest po prostu innej płci. Jasne, to też wpływa na sztukę, większość graffiti robionego przez kobiety jest zazwyczaj delikatniejsze, litery są często okrąglejsze, kolory żywsze, ale nie ma reguły. Moim zdaniem nie powinno się rozróżniać graffiti na męskie i żeńskie. Jest dużo prac kobiet, po których nie poznałoby się płci autora. Najlepszym przykładem takiej artystki jest Mad C z Niemiec. A koledzy? Oczywiście są przychylni, nawet bardzo, na widok kobiety z puszką reagują często jak na jakieś zjawisko.

Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Iga Michałkiewicz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.