Jedno z wrocławskich osiedli. Szare blokowisko z czasów poprzedniego systemu. Tutaj prawie każdy budynek pokryty jest kolorowymi graffiti i różnorodnymi tagami* (tag- czyli podpis osób zajmujących się graffiti, posiadający charakterystyczne powyginane kształty- przyp. red.). Przez niektórych uważane jest to za zwykły wandalizm, ale graffiti ma też wielu zwolenników, którzy sądzą, że malowidła na ścianach dodają uroku temu szaremu krajobrazowi. Wśród tych drugich jest Michał, dawniej czynny grafficiarz, dziś już tylko obserwator poczynań kolegów.
Malowanie już kilka lat za tobą. Teraz już się tym nie zajmujesz. Jak wyglądała twoja przygoda z graffiti?
Michał: Malowałem głównie po ścianach, pociągi pojawiły się później. Poznaliśmy szersze grono znajomych, którzy się tym zajmują, no i zaczęła się przygoda z pociągami. Nocne akcje, nocne wyjścia na jakieś krótkie akcje, najpierw na tagowanie, potem malowanie już całych wagonów.
Było ciężko? SOK-iści ścigali?
Było ciężko. Było parę takich akcji, że się uciekało po płotach, były pokiereszowane nogi. Wiadomo, skoki przez płot. Puszki zostawiało się w plecaku, rzucało gdziekolwiek i się leciało przed siebie.

Pomalowany pociąg na stacji Wrocław Brochów
Były kominiarki czy „na żywca”?
Były kominiary, było „na żywca”, było odpalanie pociągów. Jeździliśmy pociągami kawałek do przodu, kawałek do tyłu. Wtedy było najgorzej, bo wtedy gonili nas do końca. Ale nigdy im się nie udawało. Było gorąco, było fajnie.
Liczy się adrenalina?
Liczy się adrenalina, liczy się to, że wkrótce widzisz swój pociąg przejeżdżający przez pół Polski, ludzie oglądają. Fajne uczucie. Szczególnie, jak się jeździło pociągami i można było zobaczyć jakiś swój pociąg, jadąc innym pociągiem pomalowanym przez siebie. Trochę tego było.
Szybko zamalowywano te napisy?
Do tej pory jeżdżą niektóre z tamtych pociągów. Aczkolwiek często są zamalowywane przez innych grafficiarzy. To wynika z pewnej konkurencji, można powiedzieć, bo jedni pomalowali, drugich zamalowali i tak w kółko. Niektórzy się tak ze sobą sprzeczali.
A to co tworzyłeś było bardziej tagami czy graffiti?
To były bardziej graffiti. Najpierw jednokolorowe, dwukolorowe, potem zaczęło się już kilkukolorowe. Wszystko zależy od tego, co chcieliśmy przedstawić. Czy przedstawiamy siebie jako siebie w kolorowym graffiti, czy przedstawiamy naszą grupę zrzeszoną, wtedy piszemy sobie srebrnym, dużym napisem i wtedy to jest wiadomo, że to ta grupa, z tego miasta i to jest ich pociąg.
Jak wybierałeś to, co narysujesz?
Jeśli chodzi o indywidualne projekty, to najpierw malowałem je sobie na próbę w domu, w szkole, gdzieś na ławce, na biurku, w zeszycie i wybierałem, który projekt jest najlepszy, a następnie była wrzuta na pociąg, czy na ścianę. Natomiast jeśli się szło ekipą na jakieś większe malowanie, to już na tyle się znaliśmy, że każdy wiedział, co ma robić, żeby wyszło dobrze.
Sami kupowaliście spraye. To drogi interes?
Tak, sami. Ostatnie sztuki w hurtowniach, po niższych cenach. Na tamte czasy puszka sprayu, takiego lepszego, to była rzecz nie do zdobycia. Te tańsze były bardziej dostępne niż te fajniejsze, trwalsze i wydajniejsze.

Popisany pociąg towarowy
Malowaliście nie tylko na pociągach, ale też po ścianach. Jak wybieraliście konkretne miejsca? To były bardziej zniszczone budynki, czy całkiem nowe?
Wtedy nie było nowych, teraz są nowe. Dawniej się malowało na kawałku pustej ściany. Im jaśniejsza, tym lepiej wyglądało.
To ważne, aby podpis był bardziej na widoku?
Nie zawsze, na początku malowało się jakieś piwnice, żeby zobaczyć jak to działa. Później malowało się w bardziej widocznych miejscach, żeby wszyscy widzieli.
Jak się wybiera ksywki do graffiti?
To wychodzi samo z siebie. Wiadomo, nie są to ksywki, których używa się na co dzień między sobą. Są to bardziej takie indywidualne, artystyczne pseudonimy, które dla nikogo nic nie znaczą, ale dla kogoś kto pisze, znaczą dość dużo.
Jak dzisiaj podchodzisz do graffiti w roli już tylko obserwatora?
Tyle czasu minęło, że prawie już w ogóle nie zwracam na nie uwagi. To się tak przyjęło. Dawniej to jak ktoś pomalował jakąś szybę czy coś, to było zainteresowanie. A teraz? Teraz wszędzie jest tego pełno, nawet się nie patrzy tak naprawdę. Mówię o tagach, bo jak widzę jakieś fajne graffiti, to wiadomo, że oko zatrzymuje się na tym zawsze.
Graffiti upiększa okolice wokół czy szpeci? Wielu uznaje to za zwykły akt wandalizmu.
Niektórzy sądzą, że to wandalizm, aczkolwiek ludzie się coraz częściej do graffiti przekonują i robi się to niejako elementem sztuki, a nie tylko wandalizmem czy wyżyciem się w jakiś sposób przez młodzież.
Czy uważasz, że graffiti może pojawiać się wszędzie, na każdym budynku czy też są jakieś granice, gdzie nie wypada?
Są granice. Jakieś tam miejsca święte, kościoły, zabytkowe budynki- tam nie powinno się tego robić. Natomiast są ściany, które wyglądają strasznie, a graffiti może sprawdzić, by wyglądały o wiele lepiej.
Dzięki za rozmowę.
Rozmawiał Kamil Olender