Wszystko zaczęło się od “Son Of The Blue Sky” …

W latach 90-tych cała Polska śpiewała piosenki z debiutanckiej płyty WILKÓW:  Son of The Blue Sky, Aborygen, czy Eli Lama Sabachtani. Album błyskawicznie pokrył się platyną (250 tysięcy egzemplarzy). Po wielkim sukcesie zespół wyruszył w trasę koncertową, która trwała prawie bez przerwy przez 3 lata, aby następnie nieoczekiwanie na kilka lat zawiesić działalność. Robert Gawliński zajął się swoją solową karierą, która przyniosła m. in. hity “O sobie samym” i “Nie stało się nic”.

W 2002 roku WILKI wykonały brawurowy come back z płytą “4″, której sprzedaż osiągnęła 100 tysięcy egzemplarzy. Piosenki “Baśka” oraz “Urke” nie były jednorazowym sukcesem. Później zespół wydał jeszcze 2 studyjne płyty, które także  przyniosły wiele przebojów oraz pokryły się złotem. “Bohema”, “Love Story”, “Słońce pokonał cień”, “Here I am”, „Na zawsze i na wieczność” – to tylko niektóre z hitów zespołu.

W 2009 roku grupa została zaproszona do udziału w koncercie z kultowej na całym świecie serii MTV Unplugged.  Był to elitarny występ, w niezwykłym klimacie, wyłącznie dla najwierniejszych fanów i grona najbliższych przyjaciół, podczas którego powstał album live -  kolejna Złota Płyta w historii zespołu i  kolejny raz drogi muzyków się rozeszły, tym razem jednak na krócej.

W 2011 roku, półtorarocznej przerwie zespół wrócił na scenę w odświeżonym składzie. Trzon grupy tworzą Robert Gawliński, Mikis Cupas i Hubert Gasiul. Do Wilków dołączył nowy basista, Staszek Wróbel i gitarzysta Maciek Gładysz. Zespół intensywnie koncertuje ciesząc się niesłabnącą sympatią publiczności, a zwłaszcza kobiet w każdym przedziale wiekowym :-)

W marcu i kwietniu będzie można zobaczyć WILKI na klubowej trasie Blue Sky Tour 2012, podczas której wraz z Radiem Wawa będą świętować 20-lecie wydania debiutanckiej płyty. Jej reedycja pojawi się w sklepach w maju, ale ci, którzy przyjdą na koncert będą mieli możliwość kupienia jej przed premierą handlową. Album zawierać będzie dodatkowy krążek z niepublikowanymi piosenkami i wersjami demo znanych przebojów oraz niepublikowaną wcześniej sesję zdjęciową pierwszego składu zespołu.

 14 marca, klub Eter – 0sentymentalna podróż w głąb duszy Syna Błękitnego Nieba

Bilety:

35,00 – przedsprzedaż

45,00 – dzień koncertu

Bilety do nabycia:
www.eventim.pl  i www.biletin.pl
CiK, Rynek Ratusz 24, tel. 71/342 22 91Salony EMPiK w całym kraju,
Sklepy MediaMarkt w całym kraju
Hala Stulecia,ul. Wystawowa 1, tel. 71/347-5117; 71/347-5151

Biuro Klubu ETER ul. Kazimierza Wielkiego 19 (wejście pomiędzy kinem Helios a głównym wejściem do Klubu Eter)

Szczegół: www.eterclub.pl

info prasowe organizatora
fot.A.Głuszko-Smolik

Dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki.

Z jakiegoś powodu Wrocław w branży mody jest postrzegany jako martwy -  mówi twórca marki Né Comme Ça, obecnie jedynej, która ma szansę zaistnieć na łódzkim Fashion Week Poland podczas kwietniowej edycji imprezy. Jeśli ubrania Sebastiana Szrajbera się spodobają, zostaną zakwalifikowane do konkursu głównego. O  tym, dlaczego Wrocław nie kojarzy się z modą, jak ubiera się kobieta Né Comme Ça i co noszą Polki opowiada w rozmowie z Magdaleną Talik.

MT: Pana kolekcja inspirowana postacią Cruelli De Mon być może zostanie pokazana w ramach łódzkiego Polish Fashion Week. Jako jedyny reprezentowałby Pan Wrocław?

Sebastian Szrajber: W konkursie nie ma żadnego innego projektanta, ani marki z naszego miasta. Na pewno będzie to wyjątkowa sytuacja, bo nie występuję w roli klasycznego kreatora mody, który przygotowuje kolekcję i stara się ją lansować w kraju. Po raz pierwszy natomiast marka autorska, łącząca zasady firmy komercyjnej i projektowania indywidualnego, ma faktyczną szansę pokazać się na głównej części Fashion Week.

A skąd nazwa marki – Né Comme Ça?

Delikatnie zainspirowana albumem „Born this way” Lady Gagi, która sugeruje, że sposób, w jaki ktoś się urodził jest wystarczający, by siebie polubić. Spodobało mi się, że ta konstrukcja nazwała dokładnie to, co robiliśmy. Aby nie być posądzonym o plagiat przełożyliśmy tytuł na język francuski, co oznacza  „tak urodzony”, albo „urodzony w ten sposób”.

This slideshow requires JavaScript.

Startuje Pan w konkursie głównym Fashion Week Poland, mimo że Pana marka Né Comme Ça jest stosunkowo młoda. Nie myślał Pan raczej o tym, by pokazać się wśród debiutantów?

Obawialiśmy się, że to nas zaszufladkuje do awangardy, bardziej twórców sztuki niż mody. Poza tym wystartowaliśmy z Né Comme Ça  z bardzo dużym impetem. Już na samym początku zorganizowaliśmy pokaz autorski i wypuściliśmy pięćdziesięciosylwetkową kolekcję. Staramy się więc spełniać warunki marki mody, a nie początkujących projektantów. Cała grupa pracuje na to od kilku lat, ja sam od dziewięciu. Mam nadzieję, że nasza wrocławska marka wpisze się w ramę programową Fashion Week Poland jako fajny produkt, który może na stałe funkcjonować w kraju.

We Wrocławiu nie mamy zbyt bogatego środowiska związanego z modą, mimo że zaczynało tu kilku cenionych kreatorów, m.in. Gosia Baczyńska. Czy w Warszawie naprawdę łatwiej jest robić karierę?

Z jakiegoś powodu Wrocław, mimo że bardzo rozwinięty kulturowo, w branży mody jest postrzegany jako martwy. Teoretycznie nic się tu nie dzieje, bo wygląda jakby nie było ludzi, organizacji, przedsięwzięć. Problem polega na tym, że Wrocław nie potrafi się zjednoczyć we wszystkich działaniach, są raczej pojedynczy projektanci, którzy nie wpisali się w klimat miasta. Dlaczego niektórzy z nich uciekają do Warszawy? Na przykład Gosia Baczyńska i jej cudowna kolekcja, którą pokazano w Rynku została wtedy dobrze przyjęta. Ale do dobrego funkcjonowania marki potrzebne są inwestycje, obrót gotówką. Zakładam, że gdyby Gosia zwerbowała we Wrocławiu sztab stałych klientów w ilości kilkadziesiąt osób, posypałyby się zamówienia i ilość sprzedaży byłaby zadowalająca, pozostałaby na miejscu.

Prawa rynku są nieubłagane?

Zdecydowanie tak. Né Comme Ça stworzyłem dopiero, kiedy poznałem partnera biznesowego. Stworzyliśmy duet, w którym jedna osoba myśli o inwestycjach, pilnowaniu obrotu pieniądza, a druga może się skupić na opracowywaniu koncepcji i estetyki, organizowaniu pokazu. To pomogło w szybkości, bo jeżeli projektant sam zajmuje się biznesem, zostaje mu niewiele czasu na część artystyczną. Motorem dla powstania naszej firmy był paradoksalnie łódzki Fashion Week Poland. Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy trochę się zawiodłem. Zabrakło mi klasycznej mody pret-a-porter.

Czyli gotowej do noszenia, a nie jedynie do podziwiania.

A projektanci zapominają często o tym, że jedyne prawo bytu mają wtedy, kiedy sprzedają, mimo, że projektowanie jest pewną formą twórczą. To problem polskiego Fashion Week i w ogóle rynku mody przesyconego zbytnim artyzmem. My stawiamy na jakość tkanin, wykończeń, konstrukcję odzieży. To często najbardziej kosztowna część pracy przekraczająca wartość tkaniny. Młodzi kreatorzy wybierają projekty artystyczne, bo trzeba w nie włożyć znacznie mniej pracy, by np. żakiet leżał idealnie.

Promuje się w Polsce często projektantów, których ubrań, poza celebrytami, raczej nikt ani nie kupi, ani nie założy.

To dlatego, że często brakuje komunikacji między marką a klientem. Imponują mi firmy, które potrafią wykazać, dlaczego ich ceny plasują się w konkretnych ramach. U nas każdy model powstaje spod ręki konstruktora, dlatego ciuch faktycznie kosztuje więcej, ale klientkom tłumaczę, że warto zainwestować w lepszą jakość.

Wiele kobiet ubiera się już bardziej świadomie, korzysta z porad w czasopismach, programach o modzie. To rzeczywiście zmieniło spojrzenie na modę?

Nie wszystkie pomysły Trinny i Susannah są trafione, ale one same to bardzo dobre psycholożki i doskonale potrafią przełamać bariery. Dzięki takim programom niektóre Polki stanęły przed lustrem i stwierdziły, że da się coś zmienić, a polscy mężczyźni przestali np. myśleć, że dobry garnitur to kwestia orientacji seksualnej. Polska generalnie wyszła z wrednej szarości, a do łask wróciło nie kopiowanie stylu, a inspirowanie się czymś konkretnym. Kiedy w mediach pojawia się informacja, że modny jest kolor niebieski, nie oznacza to iż wszystkie Panie ubiorą się w niebieski, ale raczej dobiorą sobie takie dodatki.

Pana projekty cechuje wyjątkowa prostota. W Polsce wiele osób lubi się ubrać raczej dekoracyjnie.

Polki rzadko mają potrzebę bycia samą dla siebie, lubią się chować, wolą sukienkę z milionem falbanek i doszytymi koralikami, niż założyć małą czarną, lekko przeczesać włosy i usłyszeć, że całość jest piękna. Duża część ludzi nie identyfikuje się jako całość, a nasze ubranie to kompilacja makijażu, fryzury, samopoczucia, pewności siebie. W Né Comme Ça  lansujemy prostotę, budujemy kompletny wizerunek kobiety, próbując wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Uwielbiam ubierać Panie w damskie garnitury, bo wychodzę z założenia, że wyzwolenie kobiety przychodzi nie poprzez pokazywanie biustu, czy podkreślanie ust czerwoną szminką, ale pozostawanie w kontakcie z osobą ubieraną, aby na siłę nie eksponować kogoś, kto będzie się z tym źle czuł.

Nazwa Pana pierwszej kolekcji F-Hooker ma w tytule słowo dziwka. To nie jest trochę obraźliwe?

Literka „F” oznacza fashion i w tym połączeniu Fashion Hooker oznacza kogoś, kto jest z modą związany w abstrakcyjny sposób. Chodziło nie o prostytutkę stricte, ale modową prostytutkę. Chcieliśmy się pobawić znaczeniem, zobaczyć, w jaki sposób zostanie odebrana. Nakręciliśmy też fashion clip- prezentację marki. Kolekcji nie było tam wcale, tylko przedstawiono następującą sytuację. Na bachanalia wchodzi kobieta ubrana w naszą sukienkę i jej doskonałość powoduje, że każdy zatrzymuje się, bierze głęboki wdech i spogląda na nią. Próbowaliśmy przekazać, że wyzwolenie nie następuje poprzez seks, czy goliznę, ale świadomą kreację, dlatego modelka jest w pełni ubrana.

Jaka jest nowa kolekcja którą będzie Pan chciał pokazać na Fashion Week Poland? Cruella De Mon ubiera się raczej krzykliwie, a Pan lansuje prostotę.

I tak będzie, Cruella to postać abstrakcyjna, chodziło o pokazanie konkretnej linii kobiety, nie musi odsłaniać dekoltu i biustu, nie musi kombinować, jak sprawić, by ludzie widzieli w niej postać, którą jest. To kolekcja odzieżowa na cały rok z 34 sylwetkami. Przede wszystkim czarna, bo dla mnie czerń to nie barwa, ale styl bycia. Kolor zawsze bardzo mnie przerażał.

Wrocław Pana inspiruje jako miejsce?

Jest bardzo ważny, nie udało mi się jeszcze stworzyć nic sensownego poza Wrocławiem. Kiedy jadę na różne spotkania, czy imprezy branżowe pasja twórcza się wyłącza, po powrocie wraca.

Panorama Racławicka … od kuchni

Rotunda, w której eksponowane jest olbrzymie dzieło Jan Styki i Wojciecha Kossaka “Panorama Racławicka”, na stałe wpisała się w panoramę Wrocławia. Nie ma wycieczki, która odwiedzając miasto nad Odrą , nie obejrzałaby tego gigantycznego obrazu. Mało kto wie jednak, jak wygląda “Panorama” od zaplecza, jak jest zamocowane gigantyczne płótno i jak wykonano elementy scenografii zespolone z obrazem.

Fotoreporter Tomasz Walków chodząc w kółko i robiąc zdjęcia w kółko przybliżył nam słynne gigantyczne malowidło z nieznanej dotąd strony.

This slideshow requires JavaScript.

Gigantyczne płótno (15 na 114 metrów) to przejaw dziewiętnastowiecznej kultury masowej. Malowidło dzięki zespoleniu szczególnych zabiegów malarskich (specjalna perspektywa) i technicznych (oświetlenie, sztuczny teren, zaciemnione, kręte podejście), “przenosi” widza w inną rzeczywistość i inny czas. Panorama Racławicka to pierwsze i jedyne zachowane do dziś polskie dzieło tego rodzaju.

Pomysłodawcą Panoramy był znany lwowski malarz Jan Styka (1858-1925), który zaprosił do współpracy znakomitego batalistę Wojciecha Kossaka (1857-1942). Pomagali im: Ludwik Boller, Tadeusz Popiel, Zygmunt Rozwadowski, Teodor Axentowicz, Włodzimierz Tetmajer, Wincenty Wodzinowski i Michał Sozański.

Samson i Dalila – o heroicznej miłości w operze

Wszyscy pamiętamy opowieść o silnym herosie Samsonie oraz o przepięknej Dalili, która poznała jego sekret i w akcie zemsty ścięła mu włosy, odbierając boską moc… Teraz  możemy zobaczyć tę historię  w operowej odsłonie. Spektakl właśnie powrócił na deski Opery Wrocławskiej i zostaje na stałe w repertuarze. I jest to bardzo dobra wiadomość, gdyż “Samson i Dalila” to jedna ze świetniejszych realizacji, zarówno ze względu na wspaniałe stroje, wartką akcję jak i muzykę – przepiękne miłosne arie Dalili.

Mamy tu wszystko – miłość, nienawiść, walkę i triumf. Zobaczcie, jak o spektaklu i bohaterach opowiadają  Zofia Dowjat – asystentka reżysera Michała Znanieckiego oraz odtwórczyni roli Dalili – Irina Zhytynska.

Spektakl zrealizowany został w koprodukcji z dwoma teatrami:  Teatro Comunale Di Bologna, Opéra Royal de Wallonie Liége oraz Fondazione Teatro Lirico Giuseppe Verdi di Trieste.

Zapraszam także do przeczytania recenzji na stronie Opery Wrocławskiej.

Kinga Rękawiczna

Obrazy batalistyczne w muzeum

Odrestaurowane, ogromnych rozmiarów płótna przedstawiające dwa wielkie zwycięstwa nad Turkami – “Bitwa pod Wiedniem” i “Bitwa pod Parkanami” – obrazy  Marcina Altomonte, z końca XVII wieku można podziwiać w największym wnętrzu jakim dysponuje Muzeum Architektury – dawnym kościele ojców Bernardynów.

Obraz M.Altomonte “Bitwa pod Parkanami” w Muzeum Architektury

Obrazy pochodzą z kościoła p.w. Świętego Wawrzyńca w Żółkwi, obecnie są w posiadaniu Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki.

Konserwatorzy z Ukrainy podczas przygotowywania pokazu obrazów

Pierwszy z obrazów wyszedł spod pędzla gdańszczanina Andrzeja Stecha, dwa pozostałe są działami Martina Altomontego, nadwornego malarza Jana III. Obrazy pędzla Altomontego przez dwa tygodnie będą prezentowane we wrocławskim Muzeum Architektury.

Jest to największy i najbardziej prestiżowy projekt z zakresu rewaloryzacji obiektów tzw. “wspólnego dziedzictwa kulturowego”, zrealizowany w latach 2007-2010 z udziałem partnerów ukraińskich. Pokaz został przygotowany przy współpracy z Zamkiem Królewskim w Warszawie oraz MKiDN.

wystawa czynna w dniach: do 5 marca 2012 r.

Muzeum Architektury  przy ul. Bernardyńskiej 5

fot. Tomasz Walków 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.